1 maja 2014






Prolog


oczami Aresa



Odór ludzkiej krwi drażnił moje nozdrza. Można było go porównać do mieszanki dwóch zapachów: kwiatów bzu i siarki. Moja głowa rozbolała mnie od chwili, gdy przekroczyłem wejście do tego małego, dusznego pomieszczenia. Dało się w nim także wyczuć tanie, tandetne perfumy z bazaru, co sprawiało, że wszechobecny fetor był nie do zniesienia. Gapiłem się jak sroka w kość w białe, szerokie drzwi z napisem Porodówka, z którego dochodziły donośne krzyki mojej pięknej Avy. Lada moment miała urodzić dwójkę dzieci.

Zdawałem sobie sprawę z tego, iż powinienem tam wejść, jednak nie wiedziałem jak się zachować. Kochałem Avę, lecz wiadomość o jej zajściu w ciążę totalnie zbiła mnie z pantałyku. Zacząłem zastanawiać się, co by było gdyby cały Olimp dowiedział się o mojej zdradzie. Minęło już pięć wieków od czasu, gdy mój ojciec i Pan całego panteonu Zeus, zakazał stosunków ze śmiertelnikami, chociaż on sam był wcześniej mistrzem w te klocki. Gdyby odkrył moją tajemnicę, prawdopodobnie rzuciłby mnie w straszną otchłań, tym bardziej, że uwielbia moją próżną żonę Afrodytę, z którą już od wielu lat nie łączy mnie nic oprócz łóżka i pięciorga dzieci. Nasze chłodne stosunki sprawiły, że nie mam wyrzutów sumienia w związku ze zdradą bogini piękna i miłości.

Tak czy inaczej, każda minuta w poczekalni wydawała się być wiecznością. Im dłużej tu siedziałem, tym bardziej czułem, że znajduję się w kropce. Biłem się z myślami, które cały czas podpowiadały mi, żeby opuścić to miejsce jak najszybciej. Ale nie potrafiłem.

– Aresie, masz dwie śliczne córeczki. – Głos Artemidy wyrwał mnie z zamyślenia. Na jej twarzy pojawił się promienny, szczery uśmiech.

Bogini była moją siostrą i przez przypadek dowiedziała się o naszym sekrecie. Pewnego dnia zobaczyła nas skrywających się w moim ulubionym miejscu nad stawkiem, który znajdował się w lesie poza Olimpem. Zagroziła, iż powie wszystko ojcu. Próbowałem wytłumaczyć jej, że śmiertelniczka jest ze mną w ciąży i nie można jej zabić. Przestraszona Artemida uspokoiła się i postanowiła chronić nas przed gniewem Zeusa. W przeciwnym razie, byłoby to niezgodne z naturą wyrozumiałej bogini płodności i opiekunki ciężarnych matek.

– No dalej, chodź  –  mówiła śmiejąc się. Odrzuciła swój długi, czarny warkocz do tyłu, po czym  złapała mnie za rękę i zaczęła prowadzić w stronę sali.

Podążałem za nią niechętnie. Gdy otworzyły się drzwi, moim oczom ukazała się grupka ludzi kręcących się wokół łóżka, na którym leżała Ava. Głośno przełknąłem ślinę na jej widok. Ukochana  wyglądała jak worek kości, była wykończona i blada. Mimo to, miała wystarczająco siły, by się uśmiechać. Tylko gdzie dzieci? - pomyślałem. Dopiero dotarło do mnie, że krzyki Avy ucichły. Teraz słyszałem tylko płacz niemowląt, wydobywający się z zaplecza.

Po chwili w drzwiach stanęły dwie pielęgniarki. Na rękach trzymały świeżo umyte, ciemnowłose bliźniaczki, zawinięte w białe pieluszki. Skóra niemowląt była lekko czerwona, a oczy na wpół otwarte. Stałem jak słup soli, nie mając pojęcia co robić. Pięcioro moich dzieci wychowałem wieki temu. Dlatego zapomniałem jak należy zachować się w takiej sytuacji.

Zostawmy ich samych, panie doktorze – odezwała się położna i zachęciła ekipę do wyjścia z sali porodowej.

Bliźniaczki znajdowały się teraz na rękach Avy. Całowała je delikatnie w główki i rączki, a w jej oczach można było dostrzec łzy szczęścia. Moje zakłopotanie znikło. W jednej chwili uświadomiłem sobie jak bardzo ważna jest dla mnie cała trójka. Przypomniałem sobie jakie to uczucie, kiedy ci na kimś zależy, kiedy kogoś potrzebujesz. Moje serce było rozgrzane jak nigdy dotąd. Odważnym, zdecydowanym krokiem podszedłem do łożka i usiadłem na krześle obok.

Czyż to nie cudowne?  –  pisnęła Ava, po czym rozkleiła się jak małe dziecko.

Tak kochanie… –  przyznałem z uśmiechem na ustach. Wziąłem jedną z sióstr na ręce i przytuliłem do piersi. – Tylko jak je nazwiemy?

Nastała chwilowa cisza. Po jakimś czasie Artemida, na ogół znana ze swojej kreatywności, wyrwała wszystkich z zamyślenia, mówiąc:     

Ta mała  –  wskazała na dziewczynkę, którą trzymałem  –  ma irysowe oczy. Dokładnie jak ty, Avo. –  Uśmiechnęła się do mojej pięknej. – Myślę, iż do tej dzieciny idealnie pasowałoby imię Iris.

– Iris? Ma nosić imię po tej stukniętej bogini?! Malutka nie przypomina mi tęczy – zaśmiałem się, dumny ze swojego żartu, którego chyba nie do końca wszyscy zrozumieli.

– Głupi jesteś!  –  szturchnęła mnie lekko urażona Artemida. – Iris była niezwykłą boginią. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy Hera zamieniła ją w tęczę… Nikt nie wie, gdzie się teraz podziewa, co nie znaczy, że nie mamy jej szanować.

Zmęczona Ava pokiwała głową z aprobatą.

– Jest śliczne. Chcę, żeby nasza córeczka miała tak na imię  –  odparła zadowolona mama.  –  A co wy na to, żeby miodowooka siostrzyczka Iris miała na imię Likona? Utworzyłam je od słowa lỳkos*.

– Widzę, że zapamiętałaś trochę greckich słów… Niech będzie Likona. Rozumiem, że to na moją cześć. Może też niedługo będą mogły przybierać postać małych wilczków  –  roześmiałem się.

Nagle stało się coś dziwnego. W pomieszczeniu rozbłysło jasne, oślepiające światło. Uśmiech z twarzy szybko mi zniknął, gdy poczułem przeszywający ból w okolicach piersi. Odchyliłem koszulkę i spojrzałem na moje tatuaże. Jeden z nich podejrzanie błyszczał oraz palił niczym rozgrzane żelazko. Był to mały tatuaż w kształcie miecza, który pojawił się na moim ciele po wojnie trojańskiej.

Dziewczyny patrzały na mnie z przerażeniem. Zasypywały mnie pytaniami, gdyż nie miały pojęcia co się dzieje. Bliźniaczki najwyraźniej też nie czuły się bezpiecznie. Zaczęły głośno płakać. W tym samym momencie, w mojej głowie, odezwało się donośne wycie wściekłej sfory. Nie było to kilka zwierząt, lecz tysiące wilków, ujadających, warczących, skamlących… Płacz niemowląt i odgłosy wściekłych bestii idealnie komponowały się ze sobą, tworząc przeraźliwy koncert. To było nie do zniesienia! Moja głowa miała lada moment eksplodować.

Lecz w pewnym momencie wycie ucichło. Przestałem słyszeć. Moja wyobraźnia zaczęła kreować różne dziwne obrazy. Małe dziewczynki, skazane na zły los. Nietypowe zdolności i niebezpieczeństwo. Ciężko to przyznać, ale wizje, których nigdy wcześniej nie miałem, wywołały we mnie strach i furię jednocześnie. Moje serce zaczęło szybciej bić. Poczułem się, jakby całkowicie zabrakło tlenu, dlatego przyspieszyłem oddechu.

Po niedługiej chwili wszystko wróciło do normy. Moim oczom ukazał się przestraszony lekarz, który uparcie świecił mi w oczy małą latareczką. Niespokojne pielęgniarki biegały z kąta w kąt. Wywołałem chyba niezłe zamieszanie…

– Już dobrze. Przestańcie panikować jak małe dzieci! – krzyknąłem, lekko odpychając natrętnego doktorka.

–  Ares, co ci jest?! – zawtórowała Artemida.

– Uspokójcie się! Lepiej popatrzcie na to! – Wystraszona Ava odgarnęła białą pieluszkę malutkiej Likony. Na jej karku widniało znamię, dokładnie takie samo jak mój tatuaż w kształcie miecza. Jednak wyglądało tak jakby było świeżo wyryte rozgrzaną do czerwoności szpilką.

– Iris też to ma… – rzekła bogini płodności. 

Dokładnie obejrzałem płaczącą córeczkę, którą nadal mocno ściskałem w ramionach. Faktycznie miała to świństwo. Moje obawy się potwierdziły. Obie dziewczynki były naznaczone jakimś krwawym znamieniem, które przypomniało mój tatuaż. Nie wiedziałem jak to wytłumaczyć. Podałem malutką jednej z pielęgniarek i krzyknąłem:

– Artemida, wychodzimy! – nakazałem, po czym chwyciłem siostrę mocno za przegub i zacząłem kierować się w stronę drzwi.

– Czyś ty oszalał?! – wrzasnęła, wyrywając się. – Masz zamiar je teraz zostawić?

Tak. Musiałem. Jeszcze nigdy w życiu nie odczuwałem szczęścia i strachu równocześnie. Te wizje podpowiadały mi, że jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie. Postanowiłem wyjaśnić wszystko Avie i pożegnać się z nią.

– Avo, kochanie… – podszedłem do łóżka.

– Nie! Nie chcę ciebie słuchać, ty cholerny potworze! Żałuję, że kiedykolwiek ciebie poznałam! Weź coś zrób! Cofnij czas, wymaż mi pamięć! Każ mi zapomnieć! Wy, bogowie, zapewne potraficie wyprać mózgi całemu światu! No dalej, zrób coś! – wrzeszczała, zachłystując się własnymi łzami.

– Może nam pan wytłumaczyć o co tu chodzi? – przerwała nam jedna z pielęgniarek.

Puściłem to mimo uszu. Całemu zdarzeniu przyglądała się zgraja szpitalnych pajaców, którym zapłaciłem miliony za zaopiekowanie się Avą i dotrzymania tajemnicy przed resztą świata. I jeszcze mają czelność przerywać bogowi? Miałem ochotę ich wszystkich stąd wypierdolić. Bliźniaczki płakały coraz bardziej, a ja musiałem zapanować nad sytuacją.

– Posłuchaj mnie, piękna… – mówiłem dalej, ujmując trzęsącą się dłoń Avy. – Miałem wizję. Straszną. Na razie nie potrafię tego wytłumaczyć, ale musisz mi zaufać. Wyjedziesz z dziewczynkami z Grecji. Wrócisz do domu. Będę ci pomagał, opłacę ci mieszkanie… Nasze córki nie są tu bezpieczne. Takie rzeczy nie działy się jak dotąd, a wierz mi, że wiele widziałem… Obiecaj mi, że nigdy, przenigdy tu nie wrócisz!

– Tak… Obiecuję – załkała Ava. Wtuliła się w moje ramię i powiedziała: – Kocham Cię. Nie wiem jak sobie bez ciebie poradzę.

– Też cię kocham, ale chcę, żebyś o mnie zapomniała. Musisz to zrobić dla dobra dzieci. Twoich dzieci, nie naszych. Nie mogą się o mnie dowiedzieć. – Te słowa ledwo przechodziły mi przez gardło. Pocałowałem ją lekko.

 – One zawsze będą nasze.

Mówiąc te ostatnie słowa, przytuliła do siebie dwie śliczne dziewczynki. Na ich widok kroiło mi się serce. Co się ze mną stało? Te trzy kobiety odmieniły moje życie. A teraz muszę je zostawić.

Lecz zanim odejdę, muszę upewnić się, że nasza tajemnica będzie bezpieczna.

– Każdemu z obecnych przeleję na konto tyle pieniędzy, ile zechcecie. Ale nikt z was nie widział co się tutaj działo. Jeżeli dojdą do mnie słuchy, że coś wyszło na jaw, wszyscy zginiecie – pouczyłem przestraszonych śmiertelników, pociągnąłem bezradną Artemidę za sobą, obróciłem się ostatni raz, by zobaczyć swoją rodzinę i wyszedłem.

– Popełniasz wielki błąd – odezwała się siostra.

Nic nie odpowiedziałem. Wezbrała się we mnie niesamowita złość, która miała lada moment mnie rozsadzić. Czułem ból, nienawiść i furię… Czym prędzej wybiegłem ze szpitala, zostawiając Artemidę w tyle. Chciałem tylko przemienić się w wilka. Tak też zrobiłem. Gdy przyspieszałem kroku, moje nogi i ręce zamieniały się w ogromne łapy, twarz przeistoczyła w wilczy łeb, skóra porosła czarnym, lśniącym futrem. Nareszcie poczułem się bezpiecznie. To byłem prawdziwy ja, Ares Arpatikos, mogący zabić każdą napotkaną istotę. Bezwzględny, okrutny, bezlitosny… Ta, jasne! I po jaką cholerę ja się oszukuję? Już nigdy nie będę taki jak kiedyś.

Teraz, kiedy moje serce krwawi, myślę, że wypada przedstawić się jeszcze raz. Tym razem bez kłamstw, bez stwarzania pozorów…

Nazywam się Ares Arpatikos i właśnie straciłem rodzinę.


* lỳkos - po grecku oznacza wilk. Imię Likona to połączenie słowa lỳkos i lỳkaina (wilczyca).




Drodzy czytelnicy! Zanim rozkręcimy się z naszym opowiadaniem, chciałybyśmy zwrócić uwagę na pewne szczegóły. Kilka osób zadało pytanie, w jakich czasach będzie rozgrywać się akcja. Otóż dzieje się to we współczesności, nie w starożytności. Staramy się trzymać faktów mitologicznych, jednak niektóre rzeczy zostały zmienione (Afrodyta nie jest już żoną Hefajstosa).


Dziękujemy Wam z całego serducha za wszystkie pozytywne opinie i obiecujemy, że nowy rozdział pojawi się na początku lipca!